Każdy ma coś, co ogląda, słucha albo zjada z lekkim poczuciem winy, a potem i tak wraca po dokładkę. Guilty pleasure to właśnie ta mała przyjemność, której teoretycznie nie powinniśmy lubić, ale w praktyce kochamy ją całym sercem. Czasem jest to tandetny film romantyczny, czasem piosenka z refrenem tak chwytliwym, że przez trzy dni nie da się jej wyrzucić z głowy, a czasem paczka chipsów zjadana po kryjomu o 23:47. I właśnie dlatego guilty pleasure jest tak ludzkie: bo pokazuje, że gusta nie muszą być idealne, żeby były nasze.
Guilty pleasure – co to właściwie znaczy?
Dosłownie wyrażenie oznacza „grzeszną przyjemność”, ale spokojnie — nikt tu nie wystawia rachunku sumienia za obejrzenie kolejnego odcinka reality show. W praktyce guilty pleasure to coś, co sprawia nam przyjemność, choć uznajemy to za nieco kiczowate, przewidywalne, banalne albo po prostu „nie do końca na poziomie”. I właśnie w tym tkwi jego urok. To rozrywka bez zadęcia, bez potrzeby udowadniania światu, że mamy wyłącznie wyrafinowany gust i na półce obok herbaty z jaśminem stoi wyłącznie kino Bergmana.
Co ważne, guilty pleasure nie musi być „słabe” obiektywnie. Często chodzi po prostu o rozdźwięk między tym, co wypada lub co chcielibyśmy o sobie myśleć, a tym, co naprawdę lubimy. Dla jednej osoby będzie to popowa piosenka z lat 2000., dla innej – telewizyjny program kulinarny oglądany w łóżku z pizzą. Krótko mówiąc: guilty pleasure to przyjemność z lekkim mrugnięciem okiem do własnych słabości.
Najlepsze przykłady guilty pleasure w codziennym życiu
Lista jest dłuższa niż kolejka do ulubionej piekarni w sobotni poranek. Jedni mają guilty pleasure kulinarne, czyli wszystko, co chrupie, topi się w serze i nie pyta o kalorie. Inni uwielbiają seriale, które od pierwszego odcinka zdradzają, kto z kim skończy, ale i tak oglądają je do końca, jakby od tego zależał los cywilizacji. Do klasyków należą też: tanie romansidła, melodramaty z dialogami jak z katalogu cytatów, muzyczne hity, które „są złe, ale w sumie dobre”, oraz plotkarskie portale czytane z tą samą intensywnością, z jaką kiedyś czytano horoskopy.
Wśród codziennych guilty pleasure można też znaleźć rzeczy bardziej przyziemne: podjadanie słodyczy prosto z opakowania, maraton starych reklam, składanie playlisty z piosenek, których nie pokażemy nikomu na spotkaniu towarzyskim, czy bezwstydne oglądanie filmików z kotami. Jeśli coś daje natychmiastowy zastrzyk dobrego humoru i odrobinę poczucia „czy ja właśnie robię coś głupiego?”, to najpewniej kwalifikuje się do tej kategorii.
Popularne guilty pleasure w popkulturze
Popkultura wręcz uwielbia guilty pleasure, bo jest zbudowana na emocjach, przesadzie i chwytliwości. Jednym z najczęstszych przykładów są seriale, które nie zdobywają prestiżowych nagród, ale za to błyskawicznie rozbrajają mózg po ciężkim dniu. Widzowie wracają do nich jak do ulubionej kanapy: może nie jest designerska, ale jaka wygodna! Do tej samej kategorii należą też reality show, w których dramaty rozkwitają szybciej niż rośliny na wiosennym parapecie.
W muzyce guilty pleasure często mają postać piosenek z refrenem tak zaraźliwym, że wsiada do głowy bez biletu i zostaje tam na cały dzień. To mogą być kiczowate hity disco, boybandy z dawnych lat albo utwory, których nikt nie przyzna się słuchać publicznie, ale wszyscy znają na pamięć. W kinie zaś triumfują filmy, które recenzenci rozbierają na czynniki pierwsze, a publiczność i tak ogląda z popcornem w ręku i szerokim uśmiechem: komedie romantyczne, produkcje katastroficzne, superbohaterskie widowiska czy świąteczne historie z przewidywalnym finałem i obowiązkową śnieżną aurą.
Dlaczego lubimy to, co „nie wypada” lubić?
Bo guilty pleasure daje ulgę. Nie wymaga intelektualnej gimnastyki, nie każe analizować symboliki koloru zasłon i nie oczekuje, że po seansie będziemy udawać ekspertów od kina światowego. To rozrywka, która działa szybko i skutecznie. Po prostu poprawia nastrój. Dodatkowo lubimy rzeczy, które budzą w nas nostalgię: stare hity, seriale z dzieciństwa, programy oglądane po szkole. Mózg uwielbia takie emocjonalne skróty, a serce jeszcze bardziej.
Jest też w tym odrobina buntu. Kiedy mówimy „to jest moje guilty pleasure”, tak naprawdę przyznajemy: wiem, że to nie jest wyszukane, ale i tak sprawia mi frajdę. A to bardzo zdrowa postawa. W świecie pełnym perfekcyjnych feedów, dopracowanych opinii i wiecznego „muszę mieć dobry gust”, takie małe odstępstwo od normy bywa odświeżające jak zimna lemoniada w upał.
Guilty pleasure bez poczucia winy
Najlepszy moment w całej tej historii przychodzi wtedy, gdy przestajemy się krygować. Bo w gruncie rzeczy guilty pleasure nie musi wiązać się z poczuciem winy. Można po prostu lubić to, co się lubi, bez dopisywania do tego filozofii, obrony doktoratu i przeprosin przed światem. Jeśli film, piosenka albo przekąska sprawiają Ci radość, to już wystarczy. Kropka. Ewentualnie chrup.
Warto też pamiętać, że gusta są bardziej osobiste niż modne. Dla jednych guilty pleasure będzie reality show o remontach, dla innych romans z przewidywalnym happy endem, a dla jeszcze innych powrót do dziecięcej animacji obejrzanej po raz siedemnasty. I właśnie to jest w tym najfajniejsze: guilty pleasure łączy ludzi, bo każdy ma swoje małe „nie powinienem, ale chcę”.
Podsumowanie: guilty pleasure to nie powód do wstydu, tylko mały luksus codzienności. To wszystko, co poprawia humor, choć nie zawsze wpisuje się w kanon dobrego smaku — i całe szczęście. Niezależnie od tego, czy chodzi o serial, piosenkę, film czy garść słodyczy o północy, najważniejsze jest jedno: przyjemność ma działać. Reszta to już tylko dekoracja, najlepiej z odrobiną ironii i bardzo dużą porcją dobrego nastroju.
Źródło: https://fashionistki.pl/guilty-pleasure-w-popkulturze-filmy-muzyka-i-seriale-ktore-kochamy/